poniedziałek, 25 sierpnia 2014

DZIEŃ W OSLO

Niektóre opinie na temat Oslo mogą trochę niepokoić. Szczególnie kogoś, kto nigdy wcześniej nie był w Skandynawii i jeszcze nie do końca przyzwyczaił się do tutejszych, najczęściej bardzo wysokich, kosztów życia (czyli mnie). "Najdroższe miasto świata", "Droższe od Nowego Jorku!", mówili koledzy w pracy, którzy oczywiście nigdy nawet nie byli w Stanach. Wyspę, na której mieszkam dzieli od stolicy zaledwie 60 km, dlatego nie wybaczyłabym sobie nie odwiedzając jej.
Z czym kojarzyło mi się Oslo przed wyjazdem? Z Operą, Idą Frosk (niestety jej nie spotkałam), no i oczywiście z Jo Nesbø (większości bohaterów jego powieści raczej spotkać bym nie chciała).
Lwia część atrakcji turystycznych jest w zasięgu nóg, dzięki czemu w ciągu jednego dnia zobaczyłam sporo "perełek" miasta.



Z bussterminalen znajdującego się w samym centrum, ruszyłam główną ulicą miasta - Karl Johans gate. "To takie norweskie Champs-Élysées" słyszałam. Szeroki deptak, zadbane kamienice, mnóstwo sklepów i kawiarni, a na samym końcu czeka na nas Pałac Królewski. Ładnie, ale bez rewelacji. 


Na samym początku Karl Johans gate znajduje się katedra. Bardziej od samego kościoła spodobał mi się mały sklep spożywczy, tuż przy jego bramie.



Co chwilę natrafiałam na różne place z targami kwiatowymi. Królowały hortensje i wrzosy.


Pałac Królewski. Właśnie w tym miejscu odbiłam na wschód (w prawo) ...


... chcąc trafić do Muzeum Narodowego


Mile zaskoczyła mnie cena biletu - 30 NOK (ok. 15 zł). Humor poprawiła mi również wielka darmowa mapa miasta, o wiele dokładniejszą od tej, którą wydrukowałam dzień wcześniej.


Jak dla większości odwiedzających, powodem mojej wizyty był "Krzyk" Muncha. Jednak muzeum 
może poszczycić się wieloma innymi arcydziełami. Znalazłam tam obrazy takich mistrzów jak Rubens, GaugainCézanne, Goya, Monet, Manet czy Picasso. 
O norweskim malarstwie wiedziałam niewiele, właściwie nic. Zwięzłe objaśnienia widniejące w każdej sali pozwoliły mi stworzyć sobie w głowie zarys historii sztuki tego kraju, dowiedzieć się, od kogo artyści się uczyli, kim byli, czym się fascynowali i jak wpływało to na ich twórczość. 

W sali największego norweskiego symbolisty nie można robić zdjęć. By mieć jakąś pamiątkę, kupiłam pocztówki z reprodukcjami "Dziewcząt na moście" i "Chorego dziecka", które powieszę w moim nowym studenckim lokum. Złotą kredkę dostanie Zosia.


Z Nasjonalmuseet wróciłam na Karl Johans Gate, by znaleźć metro. Kupiłam bilety (30 zł w dwie strony), wsiadłam na stacji Nasjonalmuseet i przejechawszy jeden przystanek, znalazłam się na stacji Majorstuen, z której miałam żabi skok Parku Vigelanda. 


212 rzeźb, 600 postaci, jeden twórca - Gustav Vigeland.


Każda z osobna warta jest uwagi, ale dopiero widok ich wszystkich razem tworzy niezwykle dynamiczną całość.





To własnie od fontanny wszystko się zaczęło. W 1905 roku Vigeland dostał zamówienie na jej projekt. Później stworzył więcej rzeźb wokół niej. Tak powstał park.



Na samej górze widnieje Monolit - ogromna kolumna uformowana z nagich postaci w różnym wieku. Jedna z nich jest autoportretem twórcy.


Park Vigelanda to nie tylko rzeźby, ale również wielkie połacie zadbanej zieleni. Usiadłam na ławce niedaleko rosalium i dałam odpocząć nogom,czytając "Smażone, zielone pomidory".  
Przy głównej bramie mieści się rewelacyjny plac zabaw. Od razu pożałowałam, że nie ma ze mną Zosi. Byłaby zachwycona.


Wróciłam tą samą trasą metrem i po pięciominutowym spacerze byłam już na przystani, pod Centrum Pokojowym Nobla. 


Piękna pogoda zrobiła swoje, mnóstwo ludzi wylegiwało się na słońcu.



Jest, samym końcu drewnianej promenady. Drewno, błyszcząca stal, kształt żagla - Muzeum Sztuki Współczesnej, czyli Astrup Farnley Museet.


Nie wiem czy to kwestia niesamowitego światła, czy może budowli samej w sobie, ale cały kompleks zrobił na mnie nieco kosmiczne wrażenie (w dobrym tego słowa znaczeniu). A złoty ziemniak skradł moje serce od                                                                                  pierwszego wejrzenia.




Za muzeum znalazłam miejską plażę. Cały klimat tego miejsca przypominał bardziej małe miasteczko na południu Europy niż centrum skandynawskiej stolicy. 


Poszłam za przykładem wszystkich wokół, położyłam się i postanowiłam chwilę odpocząć.


Zrobiło się błogo, zbyt błogo. Wiedziałam, że jeśli nie ruszę się w przeciągu minuty, to pewnie nie ruszę się w ogóle. A przecież jeszcze nie zobaczyłam wszystkiego. I - po - trzy, wstajemy! 


 Tjuvholmen, luksusowe osiedle znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Sztuki Współczesnej, na tym samym półwyspie.  To właśnie firmy budowlane, które postawiły te luksusowe apartamentowce wyłożyły pieniądze na budowę Astrup Farnley Museet. Jedyne 700 mln koron (ok. 350 mln złotych).
Mały apartament w Tjuvholmen kosztuje 5 mln koron. Za oknem muzeum, pod budynkiem drewniana platforma z trampoliną, zatoka, i przede wszystkim - cisza. To wszystko w ścisłym centrum miasta.



Ruszyłam wzdłuż zatoki, w kierunki Opery. Ten budynek po lewej to ratusz. Jak dla mnie wygląda bardziej jak więzienie.


Minęłam Akershus, czyli zamek zbudowany w celu obrony stolicy. Szczerze mówiąc, cały kompleks średnio mi się spodobał.


I tak, doszłam do początku Oslofjord, gdzie znajduje się chyba najbardziej rozpoznawalny budynek miasta - Opera.


Dobra wiadomość - z dachu opery rozpościera się piękny widok na miasto i zatokę. Zła -  na dach trzeba się wspiąć. 


Ogromne przeszklenia dawały możliwość zajrzenia do środka budynku i pstryknięcia zdjęcia, na którym, dla odmiany, jestem ja.


Schodząc na dół zauważyłam, że można wejść do środka. Wnętrze budynku bardzo mi się spodobało. Ogromna, jasna przestrzeń, która dzięki drewnianym elementom nie była tak chłodna jak zewnętrzna część.


Asia - turysta


Widok z dachu Opery na wieżowce, obok których przejeżdżałam wjeżdżając do miasta. Po wcześniejszym mocnym słońcu nie było już śladu. Niebo zrobiło się stalowoszare, przez co całość prezentowała się surowo i mrocznie. Myślałam, że potrzebna będzie pomoc mojego łososiowego sztormiaka, ale rozpadało się dopiero, kiedy czekałam na autobus na dworcu oddalonym od Opery niecały kilometr.


PODSUMOWUJĄC,

Koszty:
Czy po dniu spędzonym w Oslo czuję, że odwiedziłam najdroższe miasto świata? W żadnym wypadku. 
Moje koszty to:
  • autobus z Moss do Oslo i z powrotem - 180 NOK
  • wejście do Muzeum Narodowego - 30 NOK
  • bilety do metra - 60 NOK
  • upominki - 35 NOK
co daje razem 305 koron, czyli 150 zł. Oczywiście kwota uległaby zwielokrotnieniu, gdybym jadła na mieście (wzięłam swoje jedzenie) czy poszalała z zakupami. Chciałam gdzieś chociaż wypić kawę i skosztować kanelboller, ale niestety nie natrafiłam po drodze na żadne miejsce godne uwagi.

Nawet jeśli chcesz przylecieć do Norwegii tylko po to, by zobaczyć Oslo, to nadal będzie to tania i satysfakcjonująca wyprawa (zakładając, że spędzisz w mieście jeden dzień i nie martwisz się o nocleg).
Ja za bilety z Poznania do Oslo Rygge zapłaciłam, bez żadnych promocji, 100 zł w dwie strony, na miejscu byłam przed południem. Do tego dochodzi transport z lotniska do centrum, 145 zł w dwie strony. Loty z Oslo Rygge do Poznania kursują rano i wczesnym popołudniem. Czyli mamy cały dzień w stolicy, a przez noc koczujemy na lotnisku czekając na lot.
W tym wypadku koszty wynoszą:
  • lot z przykładowego Poznania do Oslo Rygge i z powrotem - 200 NOK
  • transport z lotniska do centrum i z powrotem - 290 NOK
  • wejście do Muzeum Narodowego - 30 NOK
  • bilety do metra - 60 NOK
  • upominki - 35 NOK
Co daje nam ok. 300 zł za cały dzień spędzony w norweskiej stolicy.

Podobało mi się?
No pewnie, że tak! Wydawanie zdecydowanych opinii na temat miasta, w którym spędziło się zaledwie 10 h byłoby mocno przesadzone, dlatego mogę napisać jedynie o moich pierwszych wrażeniach. Nowoczesna architektura, bardzo pomocni, uśmiechnięci ludzie, piękna przystań. Oslo jest świetnym przykładem tego, ile miasto może zyskać wykorzystując mądrze fakt, że leży nad wodą. 
Centrum to marny ułamek metropolii, poza tym nie da się poznać miasta odwiedzając jedynie destynacje typowo turystyczne. 
Podczas kolejnej wizyty (mam nadzieję, że niebawem) koniecznie odwiedzę Mathallen, czyli wielką halę po brzegi wypełnioną jedzeniem z całego świata. Chciałabym również zawitać do Grünerløkka, prężnie rozwijającej się dzielnicy, która uznawana jest za ostoję artystów. Następnym razem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz