czwartek, 9 stycznia 2014

BRETANIA I GALETTES Z SEROWYM SOSEM SZPINAKOWYM


 Swoje pierwsze galettes jadłam w Bretanii. Jest to chyba najwłaściwsze miejsce na poznanie smaku tych gryczanych naleśników, zważywszy na to, że pochodzą one właśnie z tego północnego regionu Francji. Do Bretanii zawitałam dzięki  wymianie polsko -francuskiej organizowanej przez moje liceum.  Najpierw w Śremie odwiedziła mnie Laeticia, później ja pojechałam do uroczego Fougères.  Przez prawie dwa tygodnie mieszkałam na dużej farmie w domu z XIX wieku. To właśnie tam zakochałam się w Caramel au Beurre Salé, cydrze i francuskich serach.

 Moja host mama świetnie gotowała, co wieczór byłam raczona wspaniałymi, kilkudaniowymi kolacjami.  Tata Laeticii był zaś smakoszem win, w swojej piwnicy miał niemałą kolekcję różnych trunków i codziennie częstował mnie kilkoma nowymi rodzajami. Finał tego wszystkiego był taki, że co wieczór wstawałam od stołu najedzona do granic i lekko pijana, ale za to jaka szczęśliwa!
Przez te dwa tygodnie zdołaliśmy zobaczyć  jeszcze kawałek Normandii ( m.in. plażę d-day) i spędzić , niestety tylko jeden, dzień w Paryżu. Był jeszcze dość oryginalny, ale bardzo sympatyczny festiwal muzyczny En Résonance. Jeden chłopak, rozpoznawszy polski język zaczął głośno śpiewać  "Hej, sokoły!" (oczywiście wtórowaliśmy mu). Okazało się, że nauczył się tej pieśni na Erasmusie w Krakowie.
 Nie mogło oczywiście obyć się bez kilku porządnych imprez. Raz, "dzień po", wybrałam się z moją host rodziną do bajecznie pięknego, pirackiego miasteczka St. Malo. Z wiadomych przyczyn, moje samopoczucie było naprawdę parszywe, dlatego tak dokładnie pamiętam nie tyle ulice miasta, ile smak galette z kozim serem, który razem ze szklanką cydru postawił mnie wtedy na nogi.
 Przygotowanie gryczanych naleśników jest równie proste, co przyrządzenie tych pszennych, choć ciasto ma nieco inną konsystencję. Nie przejmujcie się proszę, jeśli na początku nie będą Wam wychodziły. Przy smażeniu drugiego, trzeciego nabierzecie wprawy. Z serowym sosem szpinakowym nie będzie problemów, wystarczy tylko wszystko przesmażyć  i chwilę podusić , żeby amatorzy tych zielonych liści byli ukontentowani.

Składniki (15-18 sztuk naleśników o średnicy 15-18 cm) :
na galettes:
  • 300 g mąki gryczanej
  • szczypta soli
  • 900 ml wody
  • masło do smażenia, roztopione
na sos szpinakowy:
  • 3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • 1 cebula, pokrojona w pióra
  • 450 g mrożonego szpinaku
  • szklanka śmietany 18%, słodkiej
  • szklanka kefiru
  • 200 g ulubionego sera (u mnie ser pleśniowy Danish Blue i feta)
  • oliwa do smażenia
Wykonanie:
  1. Najpierw należy przygotować ciasto naleśnikowe.Wsypać  do miski mąkę i sól. Zrobić dołek w środku i stopniowo wlewać  wodę, aż ciasto uzyska konsystencję śmietany kremówki. Nie należy przesadzić  z mieszaniem, bo naleśniki będą gumowate. Wstawić  ciasto do lodówki na co najmniej godzinę lub całą noc. Po wyjęciu z lodówki jeszcze raz wymieszać  i jeśli trzeba, dolać  wody. Patelnię rozgrzać  i natłuścić  roztopionym masłem wlać  50 - 60 ml ciasta na patelnię, szybko poruszając nią tak, by ciasto pokryło całe dno. Smażyć  minutę, podważyć  brzegi, odwrócić  naleśnik na drugą stronę i smażyć  kolejna minutę.Następne naleśniki smażyć  w ten sam sposób, za każdym razem natłuszczając patelnię masłem.*
  2. Teraz pora na sos. Na patelnię wlać  oliwę, wrzucić  czosnek i włączyć  ogień. Dorzucić  cebulę i zeszklić  ją. Dodać  mrożony szpinak, obsmażać  go przez 2 minuty i zalać  śmietaną i kefirem, zmniejszyć  ogień i dusi, aż szpinak się rozmrozi. Dodać  pokruszony ser, mieszając, by ser się częściowo rozpuścił. Posolić i popieprzyć  do smaku.
  3. Galettes polać  sosem szpinakowym (można również posypać  połówkami pomidorków koktajlowych) i dowolnie złożyć. Podawać  na ciepło.


Smacznego!
(przepis na galettes pochodzi z książki "Mała Paryska Kuchnia" autorstwa Rachel Khoo)

*Żeby naleśniki nie ostygły, przełóż je na blachę do pieczenia i wstaw do piekarnika nagrzanego do 120 stopni.






Szaro-bure St. Malo.

 Paris, Paris. Nie napiszę nic odkrywczego, po prostu jest cudowny.

Na normandzkiej d-day beach zachwyciły mnie różne odcienie szarości i zieleni, zarówno oceanu jak i nieba.

 Mieszkanie na wsi ma swoje zalety, pierwszy i ostatni raz prowadziłam traktor :-).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz